Świat wyobraźni

Świat wyobraźni

poniedziałek, 31 marca 2014

Skleroza nie boli

Zapomniałem dodać, że większość moich opowiadań nie trzyma się kupy. Czyli są w różniących się uniwersach itp.
Nie doszukujcie się powiązań między postaciami, miejscami i zdarzeniami. Ich po prostu nie ma.
Jeżeli ktoś by chciał bym kontynuował jakieś opowiadanie, to jestem w stanie to zrobić.
(O ile w ogóle je ktoś przeczyta.) :D

Patrol

-To miała być łatwa robota, okłamaliście mnie kurwa! Młody strażnik krzyczał i nie zamierzał przestawać.
Jego zakrwawiona twarz ukazywała wściekłość i ból.
-Zwyczajny patrol tak? To gdzie masz tych dziewięciu chłopa co ze mną wysłałeś?!
Wskazał palcem komendanta straży, który był tak zszokowany, że nie odpowiadał. Normalnie nie pozwolił by na taki brak dyscypliny.
-To twoja wina! Niewinni ludzie zginęli, bo nie chciało Ci się wspomnieć o jednej małej rzeczy. Przerwał aby wziąć głębszy oddech i wypić wino, które właśnie przed nim postawiono.
-O pieprzonych dzikusach!
Kim oni byli? Samemu nie umiał wytłumaczyć. Zjawili się znikąd, nawet nie potrafił określić ilu ich było. Wszyscy byli spokojni, maszerowali do ostatniego punktu postawionego im na mapie. Wtedy strzała przebiła pancerz strażnika na szpicy. Padł charcząc i plując ciemną krwią. Grot przebił mu płuco. Niedługo po pierwszym padł kolejny. Tym razem mężczyzna zamykający szyk. Strzała pędziła z takim impetem, że przybiła ciało do pobliskiego drzewa. Wszyscy żywi zebrali się w koło i wypatrywali nieznanego im zagrożenia. Czekali tak parę minut, nic. Cisza. Już mieli szybko brać nogi za pas i wracać, gdy zza drzew wybiegli ludzie. Przynajmniej tak im się zdawało- w końcu byli ludzkiej postury. Trzymali w rękach dziwacznie zakończone miecze, włócznie i bronie którym nazw nie nadano w ich języku. Krew płynęła strumieniami, niczym wylewająca rzeka zalewała pobliskie tereny. Krzyki niosły się po całym lesie, dzikich jak i ich ofiar. Jedyny mężczyzna, który uciekł z całej tej rzezi, siedział przed komendantem i zdawał "raport". Wyglądało to bardziej jak jednostronna kłótnia. Młody chłopak klął na czym ziemia stała, ekspresyjnie machając przy tym rękami, skutecznie podkreślając i tak mocne już słowa.
-Wiesz czemu żyję?! Bo mnie jebane dranie oszczędziły. Uciekałem. Biegłem przed siebie byle tylko znaleźć się jak najdalej tego wszystkiego. Przez pewien moment myślałem, że im zwiałem. Że przeżyje. Wtedy się kurwa potknąłem. Upadłem i nie potrafiłem wstać, moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Jeden z nich mnie znalazł. Stał nade mną i mamrotał jakieś dziwaczne słowa. Uśmiech nie schodził mu z jego zakrwawionej mordy, a oczy wypełnione były czystym szaleństwem. To są demony, rozumiesz? Demony lasu!
Mężczyzna nie wytrzymał. Schował twarz w dłoniach i rozpłakał się jak dziecko. Szlochał tak przez dłuższy czas nie reagując na nic. W końcu spojrzał na komendanta. Z jego oczu zamiast łez płynęła krew. On tego jeszcze nie wiedział, natomiast strażnik stojący przed nim zamarł. Po chwili już go nie było, uciekł z sali. Chłopak nie wiedząc o co chodzi przetarł rękami twarz i spojrzał na dłonie. Krzyk który wydobył się z jego ust był porównywalny do dźwięków wydobywanych przez dzikusów.
-Co?...co oni ze mną zrobili?!
Podbiegł do drzwi i wybiegł na zewnątrz... A przynajmniej bardzo tego chciał. Zaryglowano je z drugiej strony. Został samemu. Sam ze swoimi myślami.

Na dobry początek.

Witajcie! Pozwólcie, że najpierw się przedstawię. Mam na imię...
I tak wiem, że was to nie interesuje.
Jak coś to jestem po prostu Jeralt.
Jestem tutaj by podzielić się z wami swoją twórczością. (Czyt. marnymi wypocinami)
Obiecać mogę jedno, że będę się starał.
Nie jestem wielkim pisarzem. Ba! Nawet do tych średnich bym się nie zaliczył.
Po prostu lubię to co robię i chce was zarazić moją pasją.
Takie tam zadanie, które mam na celu zrealizować.
A więc bez większego "pitu, pitu", zaczynajmy!