-To miała być łatwa robota, okłamaliście mnie kurwa!
Młody strażnik krzyczał i nie zamierzał przestawać.
Jego zakrwawiona twarz ukazywała wściekłość i ból.
-Zwyczajny patrol tak? To gdzie masz tych dziewięciu chłopa co ze mną wysłałeś?!
Wskazał
palcem komendanta straży, który był tak zszokowany, że nie odpowiadał.
Normalnie nie pozwolił by na taki brak dyscypliny.
-To twoja wina! Niewinni ludzie zginęli, bo nie chciało Ci się wspomnieć o jednej małej rzeczy.
Przerwał aby wziąć głębszy oddech i wypić wino, które właśnie przed nim postawiono.
-O
pieprzonych dzikusach!
Kim oni byli? Samemu nie umiał wytłumaczyć. Zjawili się znikąd, nawet
nie potrafił określić ilu ich było. Wszyscy byli spokojni, maszerowali
do ostatniego punktu postawionego im na mapie. Wtedy strzała przebiła
pancerz strażnika na szpicy. Padł charcząc i plując ciemną krwią. Grot
przebił mu płuco. Niedługo po pierwszym padł kolejny. Tym razem
mężczyzna zamykający szyk. Strzała pędziła z takim impetem, że przybiła
ciało do pobliskiego drzewa. Wszyscy żywi zebrali się w koło i
wypatrywali nieznanego im zagrożenia. Czekali tak parę minut, nic.
Cisza. Już mieli szybko brać nogi za pas i wracać, gdy zza drzew
wybiegli ludzie. Przynajmniej
tak im się zdawało- w końcu
byli ludzkiej postury. Trzymali w rękach dziwacznie zakończone miecze,
włócznie i bronie którym nazw nie nadano w ich języku. Krew płynęła
strumieniami, niczym wylewająca rzeka zalewała pobliskie tereny. Krzyki
niosły się po całym lesie, dzikich jak i ich ofiar. Jedyny mężczyzna,
który uciekł z całej tej rzezi, siedział przed komendantem i zdawał
"raport". Wyglądało to bardziej jak jednostronna kłótnia. Młody chłopak
klął na czym ziemia stała, ekspresyjnie machając przy tym rękami,
skutecznie podkreślając i tak mocne już słowa.
-Wiesz czemu żyję?!
Bo mnie jebane dranie oszczędziły. Uciekałem. Biegłem przed siebie byle tylko
znaleźć się jak najdalej tego wszystkiego. Przez pewien moment myślałem,
że im zwiałem. Że przeżyje. Wtedy się kurwa potknąłem. Upadłem i nie
potrafiłem wstać, moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Jeden z nich
mnie znalazł. Stał nade mną i mamrotał jakieś dziwaczne słowa. Uśmiech
nie schodził mu z jego zakrwawionej mordy, a oczy wypełnione były
czystym szaleństwem. To są demony, rozumiesz? Demony lasu!
Mężczyzna nie wytrzymał. Schował twarz w dłoniach i rozpłakał się jak
dziecko. Szlochał tak przez dłuższy czas nie reagując na nic. W końcu
spojrzał na komendanta. Z jego oczu zamiast łez płynęła krew. On tego
jeszcze nie wiedział, natomiast strażnik stojący przed nim zamarł. Po
chwili już go nie było, uciekł z sali. Chłopak nie wiedząc o co chodzi
przetarł rękami twarz i spojrzał na dłonie. Krzyk który wydobył się z
jego ust był porównywalny do dźwięków wydobywanych przez dzikusów.
-Co?...co oni ze mną zrobili?!
Podbiegł
do drzwi i wybiegł na zewnątrz... A przynajmniej bardzo tego chciał.
Zaryglowano je z drugiej strony. Został samemu. Sam ze swoimi myślami.